To nie był zbyt dobry dzień dla Alaskanesy. Miała zabić rodzinę golemów, która od paru dni plądrowała domy rolników. Okazało się jednak, że ta "rodzina", to skupisko 3 tuzinów golemów. Biedna, nie miała szans. Co więcej, jej zleceniodawca, gdy o tym się dowiedział wyrzucił na zbity pysk i nie dał ani grosza. Alaksanesa w takich sytuacjach zawsze piła. Poszła więc do pierwszej, lepszej karczmy, która uroczą nazwą kusiła rolników i okropne potwory, takie jak ona.
- Witamy w karczmie "Wisielec na Jabłoni"! Jestem Tarina i sprawie, że po moim piwie odechce ci się płakać! - zawołała radośnie barmanka na widok nowego klienta. Tarina była elfką. Prawdopodobnie wyemigrowała na Ludzką Granicę, by znaleźć lepszą pracę. Jak każda elfka, była bardzo ładna. Miała oliwkową cerę, a jej ciemne włosy były kokieteryjnie spięte by wyeksponować długą szyję i przesadnie wielki biust. Alaksanesa westchnęła. Sama nie była zbyt urodziwa. Miała 137 lat, ale jak każdy wampir była nieśmiertelna, dlatego wyglądała na 19. Przesadnie blada cera współgrała z kremowymi włosami, który przypominały delikatną mgiełkę. Jak zawsze ubrana była w czarne znoszone ubrania i skórzany prochowiec.
- Poproszę piwo. Mocne. - ostatnie słowo mocno zaakcentowała i posłała groźne spojrzenie. Elfka wcale się nie przestraszyła. Podała trunek i zajęła się innym klientem. Alaksanesa usadowiła się w kącie i zaczęła obserwować karczmę. Nagle poczuła, ze musi udać się do pobliskiego szaletu. Gdy wróciła, zauważyła, że jej miejsce zostało zajęte przez pewnego mężczyznę. Wyglądał na około 30 lat. Miał długie, czarne włosy upięte w kucyk. Pasmo włosów przy skórze miało odcień czerwieni. Skóra była lekko blada, a oczy czerwone. Mężczyzna przyodziany był w czarną kurtkę i niebieskim paskiem na jej krawędziach. Prócz płaszcza mężczyzna, miał na sobie poszarpany płaszcz śmierci. Dzięki temu nikt niepożądany go nie zaczepiał. Pod peleryna wystawały mu dwie katany. Mężczyzna pił właśnie piwo Alaksanesy. Dziewczyna podeszła do niego i z kamienną mina powiedziała:
- Siedzisz na moim miejscu. - mężczyzna spojrzał na nią i odsunął się trochę - Pijesz także moje piwo. - Wampirzyca miała ochotę rozszarpać przybysza. Powstrzymała się jednak. Cierpkim wzrokiem patrzyła jak mężczyzna zamawia kolejne piwo i podarowuje je dziewczynie. Alaskanesa usiadła w bezpiecznej odległości od mężczyzny i powoli popijała trunek.
- Jestem Rathgurth - mruknął przybysz.
- Alaksanesa. - uśmiechnęła się cierpko dziewczyna - Jesteś wojownikiem?
- Można tak powiedzieć. - Rathgurth pociągnął łyk piwa - Jednak ja wolę mówić na to "gość od czarnej roboty",
- Co masz na myśli, mówiąc to?
- Zabijam różne stworzenia, które zawadzają.
Wampirzyca o mało się nie zakrztusiła.
- Wiesz... Powiedzmy, że mam podobna robotę.
Rathgurth uśmiechnął się.
- Wampir, który zabija swoich pobratyńców. Śmieszna jesteś.
- Po czym poznajesz, że jestem wampirem? - Alaksanesa zmarszczyła brwi.
- Każdy wampir to skurwiel.
Alaksanesa rzuciła się w stronę Rathgurtha przyszpiliła go do ściany i syknęła:
- Uważaj co mówisz, Rath. Bo "niechcący" możesz stracić ręke.
- Wiesz przecież, że jestem od ciebie silniejszy. Nie kompromituj się. - powiedział pobłażliwie wojownik.
- A więc dawaj. - Wampirzyca odsunęła się od mężczyzny - Zbij mnie. Jeśli umiesz.
- Nie będe walczył z dzieckiem. - mruknął Rathgurth i zaczął sączyć piwo.
- A więc najwyraźniej będziesz musiał. - wampirzyca syknęła mu do ucha i paznokciem zrobiła dość dużą kreskę na policzku. W tym momencie Rathgurth rzucił się w stronę Alaksanesy. Przez parę sekund rozgrywała się dosć dobra walka, jednak po chwili wojownik przyszpilił wampirzycę do ściany i trzymał jedna ręką - Jak juz wspominałem. Nie walczę z dziećmi.
W odwecie Alaksanesa kopnęła wojownika w brzuch, a następnie korzystając z chwili zaskoczenia, w przyrodzenie.
- Dziecko pokonało dorosłego. Cóż za ironia. - powiedziała dziecinnie i odeszła. Po paru minutach wojownik zaczął gonić dziewczynę. Tym razem zaczął mocniej atakować. Dziewczyna postawiła na swoją najmocniejszą moc - magię krwi. W oka mgnieniu Rathgurth został przyszpilony do ziemi i nie mógł wstać.Jednak nie tylko on miał tajną broń. Mężczyzna wyszeptał parę niezrozumiałych słów i nagle obok niego pojawiła się kosa samej Śmierci. Bez wahania rozdarł nią czar i rzucił się w furii na Alaksanesę. Chętnie by ja rozszarpał, gdyby nie pojawiła się straż. Dopiero wtedy zauważył, ze wokół nich zrobiła się dość spore kółko gapiów.
- No dobrze. Co się tutaj dzieje?! - wykrzyknął największy strażnik.
- Ten pan napadł mnie bez powodu! - krzyknęła Alaksanesa - Ja tylko spokojnie piłam piwo w "Wisielcu na Jabłoni", a ten padalec najpierw mnie wyzwał, a potem brutalnie pobił! - Nie była to całkowita prawda, lecz strażnik dał się szybko nabrać niczym dziecko na sztuczkę iluzjonisty.
- A więc daje wam ultimatum. Albo spokojnie się rozejdziecie, albo będziecie zmuszeni odbyć 72 godzinny prac społecznych za zakłócanie porządku. No to jak będzie?
Rathgurth westchnął. Nie był zbyt lubiany wśród straży porządkowej. Alaksanesa także nie przepadała za nimi. Podali sobie ręce i wybełkotali "Przepraszam". Następnie weszli do karczmy "Wisielec na Jabłoni" zachowując odpowiedni dystans. Lecz i tak po godzinie razem śmiali się pijani z jakiegoś suchego żartu rolnika. Zapowiadała się przyjaźń na całe życie.
* * *
Ciekawe to :)
OdpowiedzUsuń