Gaj Thurn przypominał las równikowy . Jedyna różnica była taka, że zamieszkiwało ją wiele stworzeń, a wilgotność mogłaby napoić dzieci z Krajów Trzeciego Świata. Rathgurth podróżując na swym rumaku cały czas odganiał się, bowiem komary były zmorą gaju Thurn. Alksanesa zaś, stała w płomieniach i śmiała się z towarzysza.
- Z czego rżysz? - warknął zdenerwowany.
- Z ciebie. Tak słodko się otrzepujesz - wyszczerzyła sięw uśmiechu.
- Uważaj bo się zaraz spalisz.. - odwarknął w odwecie.
Alksanesa, która aktualnie była w swojej żywiołowe postaci popatrzyła na niego pobłażliwie. Co jak co, ale dziewczyna wyglądała nawet ładnie. Jej blada skóra kontrastowała z czerwonymi językami, które jakby wychodziły z jej prochowca. Kremowe włosy nabrały delikatnych fal i gładko spływały na plecy. Jej rubinowe oczy zmieniły barwę na lodowaty błękit - taki kolor miała naprawdę zanim została wampirem. Dzięki temu jej kształtne, migdałowe ślepia zyskały kobiecości.
- Jako świetny mag ognia mogę regulować temperaturę mojego żywiołu. Dzięki temu moja klacz wyczuwa lekkie ciepełko.
- Z kim ja się zadaję.. - mruknął Rathgurth
- Ostatnio mi wyznałeś, że- w tym momencie dziewczyna sięgnęła do swojego czarnego notesu - Nie dasz rady sam żyć dalej bez nikogo z kim tak zajebiście ci się dogaduję i kto wytrzyma z tobą w prawie każde sytuacji. Więc? - wampirzyca głośno zamknęła notes, splotła ręce i złożyła usta w dzióbek.
Mężczyzna zrobił się jedynie czerwony i nie odezwał.
- Oj ja ciebie tez lubię i dałabym głowę, że gdyby nie ty leżałabym w jakiejś kamienicy zaćpana, a przy moim boku leżałby jakiś brudny, pijany sylifid - powiedziała dziewczyna odgarniając czerwone pasemko z twarzy przyjaciela.
Przez chwilę jechali w niezręcznej ciszy. W końcu Alksanesa się odezwała, podając pudełeczko z kremem - Prosz... Uchroni cię przed oparzeniami i komarami.
- Dzięki - mruknął.
Po dwóch godzinach jazdy, dotarli na wyznaczone miejsce. Miejsce było przedziwne, gdyż wyglądało kwiatowy ołtarzyk na którym, na środku była pieczęć. Alksanesa zapłonęła mocniej, ale gdy jej klacz zaczęła rżeć, szybko się uspokoiła. Rathgurth zszedł z konia i podszedł do pieczęci. Gdy ją ujął nic się nie stało.
- Hmm.. Podejrzane to.
Alksanesa wzięła pieczęć do ręki i ją upuściła. Przedmiot się rozstrzaskał.
- Co ty zrobiłaś?! Ja wiem, że ty jesteś dziwna, ale przesadziłaś!
- Ale to była podróbka! - krzyknęła zdenerwowana dziewczyna.
- Jak to podróbka?
- Po prostu. Pic na wodę.
- A po czym to poznałaś?
- Wszystkie pieczęcie były srebrne. Ta była gliniana. I wzór nie pasował. Był taki nierówny. Jakby ktoś się spieszył z wykonaniem jej.
- Ale mapa... - zaczął Rathgurth.
- Musiała być fałszywa, alebo ktoś nas wyprzedził...
Oboje usiedli zastanawiając się gdzie może być oryginalna pieczęć. Po paru godzinach intensywnego myślenia Alksanesa chodziła do góry nogami z nudów, a Rathgurth zdjął koszulkę i się nią wachlował. Dziewczyna (gorąc był tak nie do wytrzymania, toteż dziewczyna wyjątkowo zdjęła gorset) cały czas poprawiała koszulkę, która spadała jej na oczy.
- Nie musisz się tak zakrywać. Obiecuję, że nie będę podglądać.
Dziewczyna prychnęła By uniknąć dalszych komentarzy położyła się na plecach, obok Rathgurtha. Jej palcę pokryły się bąblami.
- Uroki bycia na Słońcu - uprzedziła pytanie mężczyzny.
Wojownik westchnął:
- Ustalmy pewne fakty. Dostaliśmy mapę od staruszki i poszliśmy szukać tych pieczęci. Co mogło pójść nie tak?
Przez chwilę oboję się nie odzywali, myśląc intensywnie. W końcu Rathgurth krzyknał:
- Już wiem!
- Niby co?
- Rozwiązałem zagadkę. Chodź, tutaj nie znajdziemy pieczęci.
- To gdzie?
- Za mną. - Rathgurth dosiadł konia i pojechał. Tuż za nim jechała Alaksanesa, próbując dogonić swego przyjaciela.
- Ale o co chodzi?
- Pamiętasz jak ta stara baba powiedziała, że da nam mapę za eliksir nieśmiertelności?
- Powiedzmy, że tak.
- Oszukiwała. Dała nam mapę, lecz trzecią pieczęć zabrała sobie. Wiedziała, że wtedy przyjdziemy do niej, a ona nas podle wykorzysta.
- Wiesz co? Korhan jest chore.
- Przynajmniej to nie miasto elfów.
Wampirzyca się zaśmiała:
- Z tym się zgodzę.
Resztę podróży przemilczeli.
* * *
Po dniu intensywnego galopu dotarli do Korhan. Wpadli do "Wisielca na Jabłoni", lecz staruszki tam nie było. Gdy zapytali gdzie się znajduję, jeden z mężczyzn odpowiedział, że umarła.
- A to zołza.. - mruknęła zdenerwowana wampirzyca - gdy akurat odkryliśmy jej zamiar to umarła.
W porywie złości dziewczyna ugryzła w szyję mężczyznę. Rathgurth spojrzał na nią zszokowany. Gdy dziewczyna wkońcu się odkleiła od szyi powiedziała niezbyt miło:
- W porywie złości jestem głodna. Możesz przestać tak się gapić? - gdy dziewczyna piła krew, wojownik spytał Tariny czy może wie gdzie jest dom staruszki. Elfka rozrysowała okolicę w której mieszkała kobieta. Rathgurth podziękował i wywlókł wampirzycę z gospody.
* * *
Okolica w której mieszkała za życia staruszka była jedną z tych ładniejszych. Białe domki, zadbane ogrody oraz rodziny z dziećmi wesoło się bawiące.
- Urgh.. Nie dobrze mi tu. - skrzywiła się dziewczyna - Za dużo radości. Za mało mordu.
- Myślisz, że ja czuję się swobodnie? Dzieci się mnie boją! - odpowiedział wojownik, wskazując na grupkę małych dziewczynek, które uciekły do domu.
- Hej ty, w pedalskim wdzianku. Tak, ty! No podchodź, nie ugryzę, już jadłam. - krzyknęła Alksanesa w stronę jakiegoś młodzieńca - Powiedz mi gdzie jest domek starszej pani.
- Dużo jest tutaj starszych pań.
- Chodzi mi o mroczną starszą panią. - powiedziała dość dobitnie. Młodzieniec w pedalskim wdzianku zrozumiał o kogo chodzi i zaprowadził Rathgurtha i Alksanesę pod dom staruszki. Parcela niczym się różniła od innych domków z tym, że było tam pełno krasnali ogrodowych i kotów.
- Urocze. - powiedział sarkastycznie wojownik.
Wampirzyca w tym czasie zeszła z konia i udała się do domu. Gdy postawiła swoją stopę na ogródku krzyknęła i zaczęła trzymać się za głowę. Wojownik od razu zareagował i wyciągnął dziewczynę.
- Co się stało? - zapytał. Wampirzyca, która była strasznie słaba, oparła się o przyjaciela i powiedziała:
- Gdy tam weszłam strasznie rozbolała mnie głowa. Jakby czaszka była za mała.
- To pewnie pole siłowe. Tylko ludzie mogą się dostać do środka.
Oba ich spojrzenia powędrowały do gościa w pedalskim ubraniu. Alksanesa podeszła lekko kuleją ci powiedziała:
- Jak pójdziesz tam i przyniesiesz nam takie coś, to dostaniesz eliksir nieśmiertelności - powiedziała wskazując na Rathgurtha, który trzymał srebrne pieczęcie. Młodzieniec mruknął jakieś przekleństwo i ruszył do domu. Po czterdziestu pięciu minutach bezczynnego siedzenia Chłopak przyszedł trzymając srebrną pieczęć.
- Poprosze swój eliksir.
- Najpierw daj pieczęć - powiedział groźnie Rathgurth
- Chcę eliksir.
- Pieczęć, sukinsynie.
- Nie to nie... - powiedział sarkastycznie chłopak - oddam ją królowi elfów - gdy to powiedział teleportował się wraz z pieczęcią.
Oboje bohaterów siarczyście zaklęło. Następnie stali tak w miejscu każdy zły na siebie. W końcu Alksanesa się odezwała:
- Nie wiem jak ty, ale ja idę do ciebie, marzę o kąpieli.
- Czemu nie do siebie?
- Zalegam z czynszem od paru dni. Wolę tam nie iść.
Rathgurth się uśmiechnął.
- Moim dom jest twoim domem.
Razem odeszli do domu wojownika. W nim jeszcze długo dyskutowali o całej sytuacji i planie odzyskania pieczęci.